Edukacja

Czy jest dobry czas na zmianę szkoły ?

data dodania: 2022-02-23 13:40:58

Kiedy i dlaczego powinniśmy rozważyć zmianę szkoły.

Czy to w ogóle jest dobry pomysł ?

ZANIM PODEJMIESZ TEGO TYPU DECYZJĘ ZASTANÓW SIĘ  :

  • dwa razy  zanim pomyślisz o zmianie szkoły  : WYPISZ POWODY DECYZJI NA KARTCE / ” PRZEŚPIJ SIĘ  Z TYM ” /
  • trzy razy zastanów  się zanim podejmiesz decyzję tak zmieniamy szkołę :   WYPISZ WSZYSTKIE  +  i  –  / ” PRZEŚPIJ SIĘ  Z TYM ” /
  • cztery razy zastanów się nad zmianą w klasie IV szkoły podstawowej ,   decyzja tego typu wymaga dodatkowej zadumy,  różnica między trzecią a czwartą klasą szkoły podstawowej  jest trudna dla większości uczniów, zmienia się całkowicie wszystko  w życiu młodego człowieka,  co już samo w sobie jest  stresogenne
  • pięć  razy zastanów się, czy aby na pewno nie  ” trafisz z deszczu pod rynnę „

Oczywiście tego typu decyzja niejednokrotnie  wiąże się  ze zmianą miejsca zamieszkania lub nowym miejscem pracy . Wówczas  to jest następstwem zdarzeń,  co do których praktycznie nie możemy mieć zastrzeżeń. Często  jednak pomysł na zmianę szkoły podsuwa nam życie. Wiąże się to z naszymi spostrzeżeniami co do tego,  iż albo nasze dziecko jest źle traktowane, nie potrafi nawiązać pozytywnych relacji z rówieśnikami lub inne tego typu spostrzeżenia.

 

Zdarza się również,  iż z naszych obserwacji wynika,  iż pani nauczyciel z jakiegoś przedmiotu jest nieobiektywna podczas oceniania lub niesprawiedliwa w wygłaszaniu swoich opinii o uczniach co może negatywnie wpływać  na motywację naszego dziecka. Jednak odpowiedź na pytanie czy to już powód,  aby zmienić szkołę wcale nie jest taka prosta jakby się nam zdawało. Otóż przenosiny do innej szkoły wcale nie muszą od razu oznaczać polepszenia się naszej sytuacji zarówno pod względem ocen jak też samopoczucia klasowego naszego dziecka o wzroście motywacji nie wspominając. Dlatego zanim zdecydujemy się na taki krok lepiej dobrze się zastanowić, gdyż możemy zrobić więcej złego niż dobrego. Otóż zanim zdecydujemy się na zmianę szkoły,  wcześniej sprawdźmy czy nie ma innych możliwości na zaradzenie naszym problemom. Zawsze warto porozmawiać. Na początek może to być wychowawca, pedagog lub nauczyciel innego przedmiotu. Najlepiej jednak jak przeprowadzimy te wszystkie rozmowy od razu,  po kolei bowiem wówczas  będziemy mogli spojrzeć na ten obraz z kilku różnych perspektyw. Można jeszcze podpytać opiekuna ze świetlicy lub inną osobę,  która zna nasze dziecko. Suma tych wszystkich rozmów powinna nam potwierdzić naszą diagnozę lub zwrócić uwagę na sprawy,  na które sami nie zwróciliśmy uwagi. Dopiero po takiej diagnozie możemy z czystym sercem decydować o tak „drastycznej” zmianie.      Może nie każdy rodzic zdaje sobie sprawę  z faktu, iż zmiana szkoły lub klasy to naprawdę bardzo rewolucyjna decyzja.  Jest to zmiana dla naszego dziecka,  która może zaważyć na jego dalszej edukacji i powinna być bardzo solidnie przemyślana. Jeszcze raz powtórzę musimy być w pełni świadomi. Pamiętajmy,  że dzieci od urodzenia chcą się uczyć,  ale tylko tych rzeczy,  którymi się interesują, które ich pasjonują, gdy widzą w niej określony cel. Więc musimy zadbać o to,  aby jak najwięcej z tych życzeń była w ich zasięgu. Pewnie żadna szkoła nie spełni 100% oczekiwań każdego z jej wychowanków,  ale powinniśmy szukać takiej,  która w jak największym stopniu zaspokoi jego potrzeby emocjonalne. Oczywistym jest,  że problemy jakie pojawiają się w szkole to nie tylko efekt zajęć czy złej organizacji procesu dydaktycznego,  a często jest to wynik problemów na styku relacji koleżeńskich, procesu dorastania i wielu innych skomplikowanych czynników.  Jednak zawsze mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia anomalii będziemy mieć w szkole,  w której każdy może rozwijać swoje pasje,  a każdy nauczyciel jest dla ucznia mentorem i staranie wsłuchuje się w potrzeby młodego pokolenia. Bo dobra szkoła to ta,  która potrafi dostrzec i wspiera wszelkiego typu inicjatywy oraz talenty swoich uczniów,  zarówno w ramach zajęć lekcyjnych jak i pozalekcyjnych. Po prostu trzeba pozwolić uczniom robić to na co mają ochotę,  a co rano będą budzić się z oczekiwaniem,  że kolejny dzień w szkole to dla nich fajna przygoda,  a nie zwykły obowiązek.

Ps. Jak zwykle mały przykład ze swojego życia.

Dwa lata temu moja córka kończyła III klasę szkoły muzycznej i wtedy to wpadłam na „dobry pomysł” /przynajmniej tak mi się wówczas  wydawało/ zmiany szkoły na inną.  Zmiana ta była co prawda podyktowana trochę względami logistycznymi,  gdyż drugie moje dziecko chodziło do innej szkoły i chciałam,  aby dzieci były  razem zważywszy,  że różnica wieku to tylko jeden rok i logistycznie było by prościej.  Drugim powodem był fakt , iż starszy syn , który uczęszczał razem z córką do tej własnie szkoły kończył ją , więc znów logistyka się włączała jako czynnik decydujący. Trzeci powód   i pewnie bardziej znaczący to powód edukacyjny. To znaczy złej relacji pomiędzy nauczycielem,  a moim dzieckiem. Te relacje są troszkę nazbyt skomplikowane i wyjaśnienie ich stanowiło by zbyt wielkie obciążenie dla tego artykułu powiem jednak tyle,  że z perspektywy czasu wydaje się mi,  iż z nienależytą starannością zdiagnozowałam relacje na styku dziecko-nauczyciel w czym nie pomogła mi Pani,  która to pewnie nie do końca zrozumiała,  iż rodzicom należy wszystko dokładnie tłumaczyć i jeżeli tylko pojawiają się jakieś niejasności,  to trzeba je szybko wyjaśniać. Bowiem,  kto jak nie rodzic ma pełną wiedzę o uczniu i to z nim trzeba o wszystkim rozmawiać. Szkoda,  że nie wszyscy nauczyciele to wiedzą /być może i nie wszyscy rodzice są do tych rozmów przygotowani / .  Suma summarum „para buch koła w ruch” /hasło z ulubionej bajki naszych dzieci – Zwierzogród/ zmiana się dokonała i od pierwszego września zaczęliśmy naukę w nowej szkole. Mając w pamięci osiągnięcia naszej córki w pierwszych latach edukacji na poziomie pierwszej trójki klasowej,  wydawało mi się,  że nauka w nowej szkole to będzie dla niej pasmo samych sukcesów i w niej pokaże swój potencjał.  Jak zwykle zabiegana nawet nie zauważyłam jak minęło pierwsze półrocze i oczom moim okazał się obraz,  który to postawił mnie do pionu. Otóż nasza córka,  która to wydawała się idealną prymuską opuściła się w nauce do poziomu niespotykanego,  a do tego zachowanie jej w klasie pozostawiało wiele do życzenia. Jak do tego dodam problemy z zajęciami z instrumentu  to chyba będzie wystarczający obraz „zgliszczy” jakie jedno półrocze może spowodować w rozwoju młodego człowieka. Oczywiście przejście z klasy III do czwartej samo w sobie jest traumatyczne,  ale wyniki ocen po pierwszym półroczu   były dla nas po prostu wstrząsem. Co prawda nowa klasa okazała się wybitna pod wieloma aspektami i być może różnice w przygotowaniu wystąpiły,  ale na pewno nie były one głównym powodem tego co się stało. Po długich rozmowach z nauczycielami wyłonił się obraz jakiego chyba nikt się nie spodziewał. Nasza córka po prostu nie potrafiła zaaklimatyzować się w tej klasie. Chcąc zasłużyć na szacunek i uznanie zaczęła miotać „się od ściany do ściany”, zaczęła szukać koleżanek na siłę co spowodowało,  że wpadła w „nienajlepsze towarzystwo” . Pewnie ktoś powie,  że jakież to może być złe towarzystwo w IV klasie szkoły podstawowej. Proszę mi uwierzyć na słowo,  naprawdę może być na tyle,  że z uczennicy,  która była w pierwszej trójce klasy stała się po jednym półroczu uczennicą na końcach klasowych . Co prawda rozmowy, wspólna nauka i praca nad dzieckiem po raz kolejny okazała się sukcesem i dziś po miesiącu w klasie V mogę powiedzieć,  że pożar został ugaszony,  ale wymagało to wielkiego wysiłku i było dla nas kolejnym wielkim wyzwaniem. Potwierdzeniem tego niech będą słowa wychowawczyni,  która już po miesiącu powiedziała na spotkaniu ,  że nie wie w czym rzecz, ale nie wątpliwie  to całkiem inna osoba. Nie wiem na ile aktualny stan mobilizacji  utrzyma się , ale zmiana jest na tyle  duża,  iż grono nauczycielskie po miesiącu pracy to zaobserwowało i  niezwłocznie ” mi rodzicowi ” o tym wspomniało/ bardzo sobie to  cenię /, ten przekaz właśnie tak powinien wyglądać. Nie  będę ukrywać , iż  po roku ” ciężkiej pracy na ugorze”  był to dla mnie miód na duszę / .

Dlatego moim skromnym zdaniem  podkreślę   raz jeszcze  zmiana szkoły to :

–  BARDZO ODWAŻNY KROK

–  CZĘSTO TRAUMATYCZNY DLA DZIECKA

– CZY WARTO FUNDOWAĆ NASZYM POCIECHOM  TAKIE DOŚWIADCZENIE ?

NIKT NIE PODEJMIE ZA NAS TEGO TYPU DECYZJI , MUSIMY TEGO TYPU WYBORY PODEJMOWAĆ SAMODZIELNIE  .

Dobra jest nauka, lecz gdy jej ktoś szuka!

Dobra jest nauka, lecz gdy jej ktoś szuka!

data dodania: 2022-02-23 13:49:24

Czy w dzisiejszych czasach możemy wyobrazić sobie w ogóle zdanie matury bez korepetycji?

Właśnie po 10 latach studiowania wszelkich meandrów naszej edukacji,  na każdym jej poziomie od zerówki po 2 rok studiów zdałam sobie sprawę,  że jak w wielu dziedzinach,  również edukacja jest ogarnięta zbiorową iluzją, gdzie wszyscy coś udają. Rodzice udają że wychowują dzieci, dzieci udają, że się uczą, szkoła udaje że kształci itd. Jak to jest możliwe i dlaczego wszyscy udają , że wszystko jest ok.

 

Na początek jak zwykle kilka przykładów:

  1. Nie wiem dlaczego wszyscy twierdzą, że szkolnictwo jest bezpłatne skoro 80% rodziców słono dopłaca do tego, aby ich dziecko bądź to zdało maturę lub też zdało ją na odpowiednio dobrym poziomie. Wszystko po to, abyśmy potem mogli dowolnie wybrać idealny kierunek i jak sądzę , aby mieć poczucie, że jako rodzice zrobiliśmy absolutnie wszystko w procesie kształcenia pociechy.

Nie wiem ile procent rodziców wspomagało nauczanie swoich dzieci poprzez korepetycje, ale na pewno dużo. Oczywiście ja również,  nie byłam wyjątkiem i dałam się wciągnąć w tą spiralę naukowej fascynacji,  a raczej outsourcingu naukowego,  tylko po to aby mieć poczucie,  że wszystko jest w porządku. Przez ostatnie 10 lat sprawdziłam pewnie wszystkie modele korepetycyjnych możliwości. Moje dzieci uczęszczały na angielski w grupach-  szkoła nauki angielskiego, miały również korepetycje w domu –  korepetycje indywidualne. Oczywiście marzenia o medycynie doprowadziły również do korków z biologii / ? /h/. Dodatkowo to wszystko działo się tak szybko,  iż właściwie rodzic nad tym wszystkim się nie zastanawia i brnie przez lata nauki nakręcany przez maszynę edukacji. Nikt mu nie powie że 80% tych wszystkich działań w ogóle nie ma sensu.

  1. Szkoły specjalnego przeznaczenia. Mam tu na myśli szkoły typu „Montessori”, „Korczakowskie” itp. Wielu ludzi myśli, że jak ktoś potrafi przygotować wspaniałą ulotkę i ciekawą prezentację to potrafi również uczyć? To nie rodzaj szkoły,  ale osoba nauczyciela czyni daną szkołę tą wyjątkową. Co z tego,  że poślemy nasze dziecko do wybitnej szkoły,  jak zatrudnią tam przeciętnego nauczyciela bez kwalifikacji, bez pasji i  „polotu”. To sposób poszukiwania potencjału uczących ma być wyznacznikiem tego jak szkoła uczy,  a nie jej logo.
  2. Szkoły katolickie, w których poziom jest bardzo wysoki i trzymane duże rygory. To wszystko prawda,  ale nie sztuka mieć dobre wyniki rekrutując uczniów ze średnią 5,0 i lepiej. Każda szkoła z łatwością wychowałaby wybitnych absolwentów,  gdyby w jej progi weszli tyko uczniowie z poziomu 5,0 i wyżej. Sztuką i pokazaniem poziomu było by,  zrobienie z klasy z poziomem  3,0 po trzech latach poziomu  do 4,5.

Oczywiście nie mam nic przeciwko wszystkim tym szkołą,  są one bardzo potrzebne i pokazują różnorodność procesu edukacji tylko proszę nie mieć złudzeń,  żadna szkoła sama niczego nie nauczy,  ani nikogo nie wychowa, jeśli  rodzic nie będzie filarem takiej edukacji. To w domu musimy wyznaczyć granice, pilnować, motywować i być strażnikiem. To my rodzice  decydujemy jakie zajęcia dodatkowe uczeń wybierze i w jakim rozmiarze.  To my mamy kontrolować postępy na każdym etapie rozwoju.  Dlatego zanim zdecydujemy się na kolejne korki to lepiej dobrze się zastanówmy,  czy one coś nam dadzą,  poza poczuciem,  że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy. Może zamiast wydawać 50zł/h lepiej poświęcić 15 min na to, aby zmotywować własne dziecko,  aby samo zechciało się uczyć. Bo jak ktoś kiedyś napisał:

„Dobra jest nauka lecz gdy jej ktoś szuka

Nie z dumy nie z pych mój Panie”

Dlatego pierwsze wymyślmy,  jak zrobić aby dziecko chciało się uczyć,  a może pozwólmy się mu uczyć tego czego ono chce. Wtedy na pewno efekty będą o wiele lepsze, niż podczas dodatkowych lekcji „odbębnianych na odczep”

Co prawda do tych wniosków doszłam po  10 latach , intensywnej edukacji własnych dzieci ,  ale wydaje mi  się, że zaczynam rozumieć,  na czym polega edukacja.  Te przemyślenia pozwoliły  mi  w tym roku szkolnym zakończyć wszystkie dodatkowe lekcje np. angielskiego. Czas i pieniądze przeznaczyłam na szukanie sposobów edukacji  oraz sposobów motywowania do edukacji.

Dzięki tak małej zmianie,  mam więcej czasu na rozmowę z dziećmi i poznanie ich potrzeb. Jestem przede wszystkim bardziej  zorientowana w tym jakie mają braki , co trzeba nadrobić , co wytłumaczyć. Jakie materiały warto zaproponować , aby czymś je zainspirować .  Tak uczę się i kolejny raz odświeżam materiał , który już kiedyś przerabiałam.

Dlatego zanim się rozpędzimy i wpadniemy w wir maszyny edukacji,  najpierw pomyślmy,  że to rodzic jest najlepszym nauczycielem. Mając codziennie styczność ze swoim dzieckiem i obserwując go na co dzień,  może odmienić każde dziecko w wybitną jednostkę,  jeśli tylko poświęci trochę  czasu,  aby odkryć jego potencjał i dostrzec talent. Ktoś powie,   jak mam nauczyć swoje dziecko skoro ja nie znam angielskiego, fizyki a o chemii to nie wspomnę. Teoria edukacji pokazuje,  że najlepszym nauczycielem nie jest ten kto jest wybitny z danego przedmiotu,  ale ten kto jest dobrym nauczycielem. Proszę Państwa ostatnio przeczytałam artykuł,  gdzie było napisane,  że wybitny profesor nauczał przedmiotu,  którego w ogóle nie znał,  jednak jego podejście powodowało,  że miał super wyniki. Więc głowy do góry i sami zostańmy korepetytorami naszych dzieci,  a efekty przyjdą szybciej niż myślimy.

„Co o tym sądzisz”? to tylko jedno z pytań,  które pozwoli nam stać się wybitnym pedagogiem. Nasze dzieci same mogą się uczyć jeśli  tylko im na to pozwolimy i ich dobrze zmotywujemy. Dzisiaj w dobie internetu,  wszystko jest w naszym zasięgu. Wikipedia, gogle tam wszystko uzupełnimy, jeśli tylko czegoś brakuje w książce. Nie musimy wiedzieć o czym jest ta lekcja,  ale możemy wiedzieć co dziecko się dowiedziało i czego szukało, jak się do tego zabrało , a to wystarczy,  abyśmy mieli pełną kontrolę i byli zawsze na bieżąco. Rodzice wystarczy,  że sprawią że uczeń skupi się na uczeniu,  a reszta potoczy się sama. 60% zdobytej w życiu wiedzy przyswajamy sobie sami bez pomocy nauczyciela, wychowawcy czy też rodziców. Dlatego też musimy sprawić , aby nasze dzieci tak potraktowały naukę języka angielskiego, matematyki czy chemii. Proszę uwierzyć , że jest to możliwe.

Jednak pamiętajmy musimy uwierzyć,  że nasze dzieci są wyjątkowe, wyjątkowo zdolne,  a my musimy znaleźć ścieżkę,  aby do nich dotrzeć i ten potencjał w nich uwolnić.