czas na wakacje

W końcu wakacje!

Jak egzaminy w szkole muzycznej mamy za sobą to już od razu czuć wakacje.

Oczywiście że wszystkie przedmioty są ważne jednak jak się chodzi do szkoły muzycznej to ten egzamin z instrumentu głównego jest sprawą priorytetową i pokazuje nam czy nasz wybór i praca naszego dziecka idą we właściwym kierunku.

Dlatego i teraz choć już na placu boju pozostało tylko dwoje moich dzieci w szkole muzycznej dalej odczuwam ten dreszcz emocji jak termin egzaminu się zbliża.  Być może jest też dlatego że nauka w klasie 4 i piątej to szczególne wyzwania, gdzie dzieci potrzebują jeszcze dużo naszej uwagi i zainteresowania. Dodatkowo perypetie ze zmianą szkoły po 3 klasie które miały również wpływ na poziom naukowych postępów sprawił, że obserwacja postępów Oli w klasie piątej był na pierwszym miejscu i tego egzaminu obawialiśmy się najbardziej. Pomimo tego jednak że egzamin wyszedł w miarę dobrze /słaba piątka/ co dla wielu jest niedościgłym marzeniem mi jednak postawiło wiele znaków zapytania i przez pewien czas nie pozwala o tym zapomnieć. Jak wiele czynników wpływa na takie czy inne postrzeganie przedmiotu i jego ocenę końcową. Dobór utworów odpowiednich do tego momentu rozwoju dziecka, do jego temperament oraz techniki gry którą bez wątpienia już na tym poziomie /5 lat gry na fortepianie/ posiada. Czy te wszystkie składowe jest w stanie nauczyciel dobrze dopasować i jak sprawdzić, czy były one optymalne. Oczywiście zaangażowanie dziecka i jego chęć do monotonnych ćwiczeń codziennych utworów /etiudy i pasaże/ są bardzo ważne, ale czy nie ważniejsze jest takie dobranie utworu, aby jego linia melodyczna współgrała z zainteresowaniami dziecka. Na ile nauczyciel powinien decydować o ścieżce rozwoju a na ile powinien ją konsultować z rodzicami i z ich pomysłem na rozwój swoich dzieci. Czy same predyspozycje do grania na jakimś poziomie są wystarczającą przesłanką do tego, aby przez 5 – 10 lat katować dzieci treningami na poziomie 2h dziennie. Czy wszystkie dzieci muszą pracować na takim samym poziomie? Czy w takiej szkole muzycznej nie jest potrzebna większa personalizacja procesu kształcenia. Przecież już po 3 – 4 latach wiadomo, że tylko jedna osoba na 100 ma szansę dostać się na konkurs szopenowski więc po co wszystkich innych katować techniką, która do niczego się im nie przyda. Może wystarczy nauczyć ich grać na poziomie zespołu weselnego a dziki temu że nie zamęczymy ich na śmierć techniką one po prostu będą miały ciekawszy /bardziej melodyjny czy prostszy program który pozwoli im się z tego grani cieszyć a nie traktować go jak przysłowiowej „orki na ugorze” Dlatego też zastanawiam się czy i jak szkoła powinna zadbać o to żeby wzbudzić motywację czy jest to tylko i wyłącznie rola rodzica a skoro tak to czy nie powinien on mieć większego wpływu na tok procesu kształcenia.

Kiedyś jednak ktoś powiedział:

„Mieć trudne życie – to wielki przywilej”                     Indira Gandhi

Dlatego też może moje rozważania i przemyślenia nie mają sensu i powinniśmy „dociskać” nasze dzieci do granic ich wytrzymałości, żeby pokazywać im, że granice są także dla nich do przekroczenia. Jeżeli ktoś w tym względzie ma jakieś ciekawe przemyślenia to chętnie bym poczytała, bo już sama nie wiem?

Ps. Dlatego też nie wystarczy przeczytać mądrą książkę, trzeba jeszcze ją zrozumieć a następnie wybrać z niej to co w danym momencie będzie dla nas użyteczne i pozwoli naszym dzieciom się rozwinąć maksymalnie.

Jak to mówi teoria: „różnorodne cele i środki powinny być stosowane na tyle, na ile to możliwe, jednocześnie najbardziej przyjemne, estetyczne i pożyteczne a z drugiej strony, na ile to konieczne – surowe, logiczne i szlachetne.

Pamiętać również należy, że w pedagogice jak mało, gdzie spełnia się przestroga, że to, co najnowsze, nie musi być ani najlepsze, ani nawet lepsze od tego co już było lub być może!

Zatem rzeczywiste wychowanie i nauczanie wymagają ciągłego ograniczenia tego, co przyjemne i przykre, pożyteczne i szlachetne. Dlatego też tak ważne jest, aby w całokształcie tego procesu wszechobecna była równowaga na płaszczyźnie rodzic- nauczyciel- dziecko, gdyż tylko i wyłącznie wtedy jesteśmy w stanie zoptymalizować wszelkiego typu działania które pozwolą nam doprowadzić mózgi naszych dzieci  do maksymalnej wydajności a co za tym idzie zagwarantować mu najbardziej optymalne środowisko do długofalowego rozwoju i wzrostu,

Pamiętajmy zatem że:

Kiedy jedna teoria coś nam komunikuje a druga mówi to samo, to nie jest to samo /B. Śliwerski /

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *